sobota, 6 lipca 2013

Przygoda pana X



Pan X wędrował wzdłuż Odry niespiesznie, mimo nadciągającej burzy i zbliżającej się nocy, która powoli i konsekwentnie zacierała różnice pomiędzy konturami budynków a granatowiejącym niebem.
To powoli była czerń, nie granat. 




Pan X nie przejął się tym zbytnio i szedł dalej przyglądając się stalowym pobłyskom odbitego księżycowego chłodu na coraz bardziej niespokojnej wodzie. Delektując się narastającą ciszą stygnącego wieczornego miasta, celowo odchodził od ciągle niespokojnych ulic i obrał kierunek: katedra i ogrody nadodrzańskie – niewielkie, ale skutecznie odpychające nachalny zgiełk.

- To był kiedyś alumnat – pomyślał, przyglądając się w zadumie niewielkiemu wzniesieniu tuż przed nim.

Ruszył dalej i w tej samej chwili niebo rozdarło światło gigantycznej elektrycznej iskry. Suchy trzask i głuchy grzmot zdominował całą przestrzeń nad miastem. Duże krople deszczu zaczęły powoli bombardować okolicę. Pan X przyspieszył kroku.

- Mogę znieść ciemność, niekoniecznie deszcz – mruknął do siebie.

W tym samym momencie niebo po raz kolejny rozjarzyło się dramatycznym światłem. Ostre wieże katedry odcięły się na ułamek sekundy od wszechogarniającej smolistej ciemności. Zaczęło coraz bardziej padać. Woda z nieba nie pożałowała ani masy, ani energii, aby ubranie Pana X błyskawicznie ciężko nasiąkło lodowato zimną wodą. Pan X zdecydowanie przyspieszył kroku.
Po kolejnym uderzeniu pioruna zaczął biec, przymykając powieki, jakby chciał przynajmniej oczy uchronić przed deszczem. Biegł zupełnie bez sensu dookoła katedry, szukając otwartych drzwi. W pewnym momencie zmienił kierunek.
Dwoma susami przebiegł na druga stronę kamiennej jezdni i wpadł wprost na stary portal. Drzwi zakurzone, zamknięte w kamiennej ramie ościeży, zwieńczone gzymsem. Stanął jak najbliżej skrzydła, opierając się o nie plecami. Chciał wejść w głąb wnętrza, którego strzegły drzwi. Marzł coraz mocniej, w miarę, jak ulewa stawała się intensywniejsza. Zaczął bezwiednie tłuc pięściami w drewnianą przeszkodę. Odpowiadał mu głuchy odgłos pustej przestrzeni po drugiej stronie.
Wtem masywne drzwi otwarły się gwałtownie. Prawie wpadł do środka, wepchnięty wiatrem i ulewą. W pierwszym momencie oślepiło go światło we wnętrzu, chociaż nie było zbyt intensywne. Jego wzrok zatrzymał się na ciemnej plamie, stojącej na wprost. Przez chwilę z trudem rozpoznawał w niej ludzką postać. Człowiek przed Panem X, odziany w sutannę, chłodno spojrzał na  nieproszonego gościa.

- Słucham pana – głos zabrzmiał obco, nienaturalnie, potężnie i bezdźwięcznie zarazem.

Pan X rozejrzał się spłoszony.
- Przepraszam, to nie było celowe, ale…

Zanim skończył, człowiek z koloratką o nieprzeniknionym obliczu, odwrócił się i - ignorując całkowicie wyjaśnienia Pana X – zniknął w sąsiednim pomieszczeniu.
Pan X zdezorientowany, rozejrzał się niepewnie po wnętrzu, w którym pozostał sam.
Obszerne pomieszczenie z gotyckim sklepieniem wspartym na jednej kolumnie, światło pochodziło ze świec zostawionych na stalowych wysokich świecznikach. Blask żółto – białych płomieni błądził po ścianach komnaty, ujawniając kształty kamiennych żeber, detali zworników i wykończeń okiennych otworów. Pan X stał przez chwilę bezradnie, by za moment ruszyć w ślad za tajemniczym gospodarzem.

– To chyba budynek kapituły – pomyślał, przypominając sobie przez moment sylwetkę obiektu starej, jakby chylącej się ku katedrze, wieży.
Otworzył drzwi – ukazało się drugie pomieszczenie, pozbawione okien, wyłożone ciemną boazerią. Ze ścian spoglądały surowe twarze z portretów porozwieszanych wokół. Na środku sali stał wielki stół z ustawionymi na nim sczerniałymi świecznikami. Tańczące płomienie zapalonych świec odsłaniały podobizny kolejnych postaci w sposób, który sugerował ich ożywienie.
Nagle jakby silny podmuch wewnątrz budynku zgasił światło. Zapanowała całkowita ciemność, nie dobiegał znikąd żaden dźwięk. Pan X skupił się przez chwilę. Przed momentem była burza i deszcz, a tu cisza - i tylko ostry zapach smoły i spróchniałego drewna. Cofnął się, próbując w ciemnościach odszukać wyjście. Powoli pod stopami znalazł nierówną posadzkę pierwszego pomieszczenia. Zapach stał się bardziej wilgotny, jakby deszczowy, jednak z domieszką nieznośnej słodkawej woni, która coraz intensywniejsza, coraz bardziej drapieżna, drażniła nieznośnie nozdrza. Pan X poczuł, że pod stopami znajduje się coś lepkiego i gęstego, jakby rozlany olej. Obrzydliwa ciecz o słodkawym zapachu brudzi mu mokre ubranie.

- Jeszcze to – mruknął – obrzydliwość.

Po chwili udało mu się wydostać kolejnymi, tym razem zewnętrznymi, drzwiami. Szarpnięcie ciężkiej klamki i pierwszy oddech, świeże powietrze i woda. Na wprost ciemna sylwetka katedry, ulga, odrobina światła, pochyla się, dotyka cieczy, która okleiła mu spodnie i widzi ku swojemu przerażeniu krew! Mnóstwo krwi wokół siebie! Strach zabiera mu oddech! Rzuca się do ucieczki na wprost zupełnie nie wiedząc, gdzie biegnie, w głąb szalejącej na zewnątrz nawałnicy.

Pierwszy oddech, poranek, Pan X gwałtownie usiadł na łóżku, zlany potem.

- Co się dzieje?! To był jakiś makabryczny sen?! - rozbity i rozkojarzony, trzęsącymi się rękami dotknął rozrzuconego w nieładzie ubrania. Mokre, brudne, poplamione czymś na kształt oleju. Zbliżył to do twarzy – słodki, mdlący zapach!


Pan X stanął przed ciężkimi drzwiami furty seminarium duchownego. Zmięty, blady, nieogolony – nie wzbudzający zaufania. Furtian – dyżurny kleryk – spojrzał na niego podejrzliwie.

- Chleb rozdajemy po dziesiątej – warknął.

Pan X spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.
- Ja, ja – zaczął się jąkać – w sprawie krwi…

- Że niby co?!

- Przepraszam…

Kleryk aż zszarzał ze złości. Nie dość, że jutro egzamin, to jeszcze ten obdartus!

– Może pan już iść i przyjść o dziesiątej! – powiedział stanowczo i głośno.

Wtem drzwi się otwarły i powoli zza ich masywnych skrzydeł wychynął ksiądz profesor.
Jego łagodna, pochylona postać nakłaniała do ciszy. Kleryk zamilkł, a Pan X odwrócił się do profesora i delikatnie chwytając za ramię, zatrzymał go. Profesor z lekkim zdumieniem uniósł brwi. Jego mądre, przenikliwe oczy spojrzały na Pana X.

- Księże profesorze! Znam księdza. Rozmawialiśmy po wykładzie. Proszę księdza, nie wiem co robić!! Chyba muszę iść na policję! – zachłysnął się Pan X.

Profesor pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Czy jesteś pewny, synu, że wszystko jest takim, jakim tobie się wydaje ?…


Natarczywy dźwięk dzwonka wytrącił Pana X z odrętwienia. Od tygodnia żył w napięciu, tłumaczył wszystkim napotkanym osobom, co się zdarzyło pamiętnego wieczoru podczas burzy, i nikt nie był w stanie go przekonać, że drzwi frontowe kapituły pod diecezjalnym herbem nie są otwierane od miesięcy.

Znów dzwonek, szarpnięcie zamka, dwie postacie w głębi korytarza.

– Pan X? – spytał niższy, przed nimi błysnęły policyjne odznaki w wyciągniętych dłoniach.

- Jak dobrze, że panowie przyszli! Czekałem, proszę wejść!!

- Nie, nie, dziękujemy, panie X. Proszę wybaczyć, ale pańska historia jest mało wiarygodna i czy mógłby pan przestać niepokoić naszych szacownych kapłanów?

- Ale panowie, tłumaczyłem, krew!!

- Proszę pana, krew zbadaliśmy – należy do pana.




Opowiadanie to zostało opublikowane na łamach Dolnośląskiego Magazynu Społeczno-Kulturalnego ROBB+MAGGazin, w numerze 12/2016.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz